Czy świetny ekspert może przegrywać tylko dlatego, że nie potrafi się pokazać? Dlaczego pewności siebie nie da się założyć razem z dobrze skrojoną marynarką? I czy w świecie wygenerowanych zdjęć, postów pisanych przez AI i perfekcyjnych profili w mediach społecznościowych autentyczność staje się jeszcze cenniejsza? Rozmawiamy z Magdaleną Andler, trenerką spójnego wizerunku i wystąpień publicznych, która od niemal dwóch dekad prowadzi w Bydgoszczy Atelier Wizerunku Magdaleny Andler.
Magdalena Andler stworzyła własną metodę AWMA: od autentyczności, przez wizerunek i moc komunikacji, aż do autorytetu. Zaczynała od makijażu i stylizacji, ale szybko zauważyła, że wygląd jest tylko jednym z elementów znacznie większej układanki. Dziś pracuje m.in. z liderami, ekspertami i osobami przygotowującymi się do wystąpień publicznych.
Od 2007 roku rozwijasz AWMA. Zaczynałaś od stylizacji i wizażu, a dziś pracujesz również nad wizerunkiem liderów, wystąpieniami publicznymi i markami osobistymi. Od początku wiedziałaś, że pójdziesz w tę stronę?
Od początku wiedziałam przede wszystkim, że bliski jest mi człowiek. Wszystko później naturalnie ewoluowało. Zaczęło się od makijażu i udziału w mistrzostwach makijażu. Tam trzeba było stworzyć nie tylko sam makijaż, ale całą stylizację postaci, więc pojawił się kolejny element. Później przyszła stylizacja rozumiana już bardziej praktycznie: dobór garderoby do sylwetki, ocena proporcji, odpowiednie wykorzystanie ubioru. W pewnym momencie zaczęłam jednak patrzeć głębiej. Człowiek to przecież nie tylko to, co zewnętrzne. Bardzo szybko zrozumiałam, jak ważne są neuropsychologia, pewność siebie i to, co dzieje się w naszej głowie. Dlatego mówię, że zaczynam od porządku w głowie, a kończymy porządkiem w szafie. Później naturalnie dochodziły kolejne elementy: kolorystyka, zarządzanie ciałem, mowa ciała, aż w końcu wystąpienia publiczne. Jeden etap wynikał z drugiego.
Mówisz, że wizerunek zaczyna komunikować, zanim człowiek zdąży się odezwać. Co można odczytać o przedsiębiorcy w pierwszych kilku sekundach?
Nasz mózg odczytuje takie komunikaty właściwie w ułamkach sekund. Kiedyś mówiło się o trzydziestu sekundach, później o piętnastu czy siedmiu. Dziś coraz częściej mówimy o pierwszych trzech sekundach, a nawet o mikroekspresjach twarzy wychwytywanych jeszcze szybciej. Problem pojawia się wtedy, kiedy jesteśmy niespójni. Stres albo nieodpowiednie przygotowanie do spotkania mogą sprawić, że przyjmujemy zamkniętą postawę, spinamy ciało i zaczynamy wysyłać komunikat zupełnie inny od tego, który chcielibyśmy wysłać.

Jeżeli widzimy osobę zestresowaną, spiętą i zamkniętą, możemy odczytać ją jako mniej dostępną. Jeżeli natomiast potrafi zarządzić swoim stresem, rozluźnić ciało i świadomie nim zarządzać, odbiór będzie zupełnie inny. Do tego dochodzi efekt halo. Jeżeli ktoś budzi w nas dobre pierwsze emocje, bardzo łatwo przypisujemy mu również inne pozytywne cechy.
Przychodzi do ciebie przedsiębiorca albo ekspert, który ma ogromną wiedzę, ale pozostaje niewidoczny. Gdzie najczęściej leży problem?
Często pojawia się przekonanie, że dobry produkt albo sama eksperckość powinny obronić się same. I oczywiście chciałabym się pod tym podpisać rękami i nogami, ale nie możemy ignorować sposobu, w jaki działa ludzki mózg. Dlatego warto traktować wizerunek jako narzędzie. Bardzo często blokuje nas brak pewności siebie i myślenie: jak wypadnę, jak mnie ocenią, co inni o mnie pomyślą? To generuje stres. Tymczasem warto wejść w rolę odbiorcy. Kiedy idziemy na konferencję albo spotkanie networkingowe, przez pierwszych kilka sekund rzeczywiście oceniamy drugą osobę. Później jednak zaczynamy zastanawiać się nad czymś innym: co ja będę z tego miał? Czy ta rozmowa da mi jakąś wartość? Czy czegoś się dowiem? Czy warto słuchać tego człowieka? Dlatego wystąpienie czy rozmowa biznesowa nie powinny być przede wszystkim o nas. Powinny być o naszej publiczności i o wartości, którą możemy jej dać.
Stworzyłaś własny model AWMA. Na czym dokładnie polega?
Bardzo szybko zrozumiałam, że moja praca nie może polegać na przebieraniu ludzi. Dlatego od początku bliższe było mi określenie trenerka spójnego wizerunku niż stylistka. Często stylista ma własną wizję człowieka i próbuje ją na niego nałożyć. W efekcie może powstać maska. A jeśli zakładamy komuś maskę, trudno mówić o autentyczności. AWMA oznacza: autentyczność, wizerunek, moc komunikacji i autorytet. Najpierw trzeba poznać człowieka, jego potrzeby, zainteresowania, sposób działania. Jeżeli przejdziemy przez ten proces naturalnie, końcowy efekt nie będzie kreacją wymyśloną przez kogoś z zewnątrz. Będzie wynikał z konkretnego człowieka.
Czy odpowiednio zbudowany wizerunek rzeczywiście może przynieść konkretny efekt biznesowy?
Wolałabym mówić o dopasowaniu wizerunku niż jego zmianie. Dopasowanie sprawia, że jesteśmy bardziej autentyczni, a autentyczność powoduje, że ludzie zaczynają nam ufać. Od zaufania budujemy autorytet. A za nim mogą przyjść kolejne rzeczy: większa pewność siebie podczas wystąpień czy spotkań biznesowych, lepszy odbiór eksperckości, a ostatecznie również większa sprzedaż produktów lub usług. To jest pewien naturalny ciąg. Pewność siebie, zaufanie, autorytet i dopiero później konkretne efekty biznesowe.
Gdzie przebiega granica między świadomym budowaniem wizerunku a tworzeniem postaci, którą później trzeba bez przerwy odgrywać?
Granica pojawia się tam, gdzie zaczynamy zakładać maskę albo próbujemy być kimś innym. Zobaczymy kogoś, kto nas inspiruje, i chcemy się za tę osobę „przebrać”. Tymczasem wizerunek to znacznie więcej niż ubranie. Zaczynam od pewności siebie, później dochodzą stroje dopasowane do sylwetki, kolorystyka, fryzura, makijaż, zarost, dodatki, zęby, zapach, sposób poruszania się i komunikowania. Sam elegancki strój nie wystarczy. Wszystko powinno być dopasowane do człowieka, jego potrzeb oraz sytuacji. Jeżeli kreujemy zupełnie inną osobę online, a podczas spotkania twarzą w twarz okazujemy się kimś innym, przestajemy być wiarygodni. To automatycznie obniża autorytet.
Kobiety i mężczyźni prowadzący biznes są oceniani według tych samych zasad?
W każdym stopniu formalności dress code’u kobiety mają trochę więcej możliwości niż mężczyźni. Od najbardziej formalnych strojów po casual. Ale jest też druga strona. Jeżeli mężczyzna pójdzie na dziesięć kolejnych spotkań w tym samym garniturze, prawdopodobnie nikt tego nawet nie skomentuje. Jeżeli kobieta pojawi się dziesięć razy w tej samej sukience albo garsonce, może zostać to zauważone. To pokazuje, że sposób oceniania nadal nie jest identyczny.
Czy pewność siebie można zbudować od zewnątrz? Dobrze dobranym ubraniem, postawą, przygotowaniem?
Według mnie jest dokładnie odwrotnie. Jeżeli najpierw nie zbudujemy pewności siebie, nawet najlepiej dopasowany strój nie sprawi nagle, że staniemy się pewni siebie. Pewność siebie jest trochę jak mięsień na siłowni. Nie dziedziczymy jej w genach. Nie możemy powiedzieć, że skoro nasi rodzice byli mało pewni siebie, to my również tacy musimy być. Pewność siebie trzeba ćwiczyć. Oczywiście czasami może zostać zachwiana. Możemy usłyszeć coś przykrego, spotkać się z hejtem, mieć po prostu gorszy okres psychiczny. Wtedy trzeba ją krok po kroku odbudowywać. Najpierw powinniśmy zaakceptować siebie, poznać swoje atuty, mieć świadomość własnych wad, ale nie patrzeć na siebie wyłącznie przez ich pryzmat. Dopiero później możemy dokładać kolejne elementy wizerunku. Bez tego całość się nie sklei. Powstanie maska, a nie coś autentycznego.
Pracujesz również z osobami przygotowującymi się do wystąpień. Co najczęściej zabija dobre wystąpienie: nadmiar wiedzy, potrzeba imponowania czy strach przed pokazaniem siebie?
Wszystkie trzy rzeczy. Stres zawsze nam towarzyszy i wcale nie musi być czymś złym. Jeżeli się stresujemy, oznacza to również, że zależy nam na tym, co chcemy przekazać. Problem polega na tym, że wiele osób próbuje całkowicie pozbyć się stresu. Wtedy zaczynamy stresować się tym, że się stresujemy. Zamiast tego trzeba nauczyć się wykorzystywać tę energię. Drugim zagrożeniem jest nadmierna eksperckość. Scena nie służy temu, żeby pokazywać publiczności, ile wiemy. Scena jest po to, żeby dać publiczności wartość. Wiedza, przygotowanie i stres mogą więc świetnie wspierać wystąpienie, ale źle wykorzystane potrafią je również całkowicie zniszczyć.
AI potrafi napisać przemówienie, przygotować prezentację, dobrać stylizację i wygenerować profesjonalne zdjęcie. Co pozostanie obszarem, którego technologia nie zastąpi?
Zaczęłabym od zdjęć, bo to obszar bardzo mi bliski. Zdjęcia generowane przez sztuczną inteligencję są coraz lepsze, ale nadal często jesteśmy w stanie wyczuć, że coś jest w nich nieautentyczne. Dlatego zdecydowanie wolę prawdziwe zdjęcie. Nawet dobre selfie wykonane na odpowiednim tle albo profesjonalną sesję fotograficzną. Sztuczna inteligencja powinna być dla nas narzędziem. Tak jak kiedyś kalkulator. Z konia przesiedliśmy się do samochodu, ale nadal się poruszamy. Korzystamy z kalkulatorów, ale nadal musimy rozumieć liczby. Tak samo powinno być z AI. Może nas wspierać, ale nie powinna zastępować naszego myślenia. Już dziś bardzo łatwo zauważyć posty napisane przez sztuczną inteligencję i wrzucone bez żadnej ingerencji autora. Wszystkie zaczynają brzmieć podobnie. Wspomagajmy się technologią, ale nie oddawajmy jej całkowicie własnych kompetencji.

Twoja firma od niemal dwóch dekad rozwija się w Bydgoszczy. Czy nasze miasto jest dobrym miejscem do budowania eksperckiej marki o ogólnopolskim zasięgu?
Teraz trochę włożę kij w mrowisko. Prowadzę firmę w Bydgoszczy prawie dwie dekady i z mojego doświadczenia nie jest to łatwe województwo do skalowania biznesu, szczególnie w sektorze usług. Jeżeli chodzi o szkolenia czy zlecenia firmowe, bardzo dużo pracuję poza naszym województwem. To Warszawa, Poznań, Gdańsk czy Wrocław. Przez te wszystkie lata stosunkowo najmniej takich zleceń miałam właśnie tutaj. Inaczej wygląda rynek klientów indywidualnych. Tutaj przez lata zbudowałam markę i rozpoznawalność, więc na ten obszar absolutnie nie mogę narzekać. Jeżeli jednak chcemy skalować biznes i wychodzić z ofertą do firm, sytuacja wygląda już inaczej.
Gdybyś mogła przez pięć minut porozmawiać z Magdą z 2007 roku, która właśnie otwiera AWMA, przed czym byś ją ostrzegła?
Nie ostrzegałabym jej. W swoim słowniku nie mam słowa „porażka”. Jest „lekcja”. Powiedziałabym jej raczej, żeby działała szybciej. Żeby procesy, które zajęły mi później wiele lat, próbowała przyspieszyć. Żeby mniej się bała i nie czekała tak długo. Powiedziałabym po prostu: rób to, co robisz, tylko nie bój się robić tego dużo szybciej.