Strzelectwo coraz rzadziej jest w Polsce domeną wyłącznie służb mundurowych i wąskiej grupy pasjonatów. Na strzelnice trafiają osoby, które chcą spróbować czegoś nowego, myślą o pozwoleniu na broń albo po prostu chcą nauczyć się bezpiecznego i świadomego obchodzenia się z nią. Kamil Czop, oficer rezerwy, instruktor strzelectwa i twórca Combat Shoot Academy, przekonuje jednak, że samo trafianie do celu jest tylko częścią szkolenia. Znacznie ważniejsze są odpowiedzialność, koncentracja, opanowanie i umiejętność podejmowania decyzji pod presją.
Skąd wzięło się u Ciebie strzelectwo i w którym momencie pojawił się pomysł, żeby z pasji zrobić biznes?
W pewnym stopniu wynika to z mojego wcześniejszego doświadczenia. Jeszcze będąc w wojsku, zrobiłem pierwsze pozwolenie na broń. Po przejściu na emeryturę pojawiały się różne pomysły na to, co robić dalej. Wiedziałem jedno: nie chciałem usiąść w fotelu z pilotem w jednej ręce i piwem w drugiej. Nadal czułem się młodym, sprawnym człowiekiem i chciałem działać. Najpierw poszedłem bardziej w stronę szkoleń i edukacji, ponieważ również w wojsku byłem starszym specjalistą w swojej dziedzinie. Strzelectwo cały czas jednak gdzieś mi towarzyszyło. Prywatnie jeździłem na strzelnicę i podtrzymywałem swoje umiejętności. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że można połączyć pasję z czymś pożytecznym, a przy okazji stworzyć działalność, która będzie dawała możliwość utrzymania się. Nie jest to biznes, w którym robi się ogromne pieniądze. Bardziej chodzi tutaj o pasję, rozwój, a z czasem również pewną ideę i misję. Założyłem działalność, uzyskałem dodatkowe pozwolenie związane ze szkoleniami, kupiłem odpowiednią broń szkoleniową i rozpocząłem współpracę ze strzelnicą Bractwa Kurkowego w Toruniu. Tak zaczęła działać Combat Shoot Academy.
Strzelectwo jeszcze kilka lat temu wielu osobom kojarzyło się głównie ze służbami mundurowymi albo bardzo wąską grupą pasjonatów. Czy to podejście w Polsce się zmienia?
Zdecydowanie. To stereotyp, który sam staram się przełamywać. Widać, że liczba strzelców i wydawanych pozwoleń na broń rośnie. Broń staje się też tematem coraz bardziej obecnym w świadomości ludzi. Wpływ na to miał zapewne również konflikt Rosji z Ukrainą. Część osób zaczęła bardziej zastanawiać się nad bezpieczeństwem własnym i swoich rodzin. Jednocześnie nadal spotykam się z przekonaniem, że strzelectwo jest wyłącznie dla wojska, policji albo mężczyzn. Szczególnie widzę to podczas szkoleń dla kobiet. Część uczestniczek przychodzi z przekonaniem: „to chyba nie dla mnie”, „nie dam sobie rady”. Staram się pokazywać, że jest inaczej. To może być wartościowa umiejętność. Oczywiście wszyscy chcielibyśmy, żeby sytuacje kryzysowe nigdy się nie wydarzały, ale jeśli już człowiek ma kontakt z bronią, powinien wiedzieć przede wszystkim, jak obchodzić się z nią bezpiecznie.

Kto dzisiaj najczęściej trafia na Twoje szkolenia?
Na razie najczęściej są to osoby, które traktują to rekreacyjnie i po prostu chcą spróbować czegoś nowego. Nigdy wcześniej nie były na strzelnicy i chcą zobaczyć, jak to wygląda. Coraz częściej pojawiają się jednak również osoby, które zaczynają myśleć o tym bardziej perspektywicznie. Po pierwszym kontakcie pojawia się myśl: może zrobię patent, może wystąpię o pozwolenie, może będę chciał rozwijać się dalej. W tej chwili nadal przeważają osoby przychodzące rekreacyjnie, ale zauważam, że część z nich po pierwszym szkoleniu zaczyna podchodzić do strzelectwa znacznie poważniej.
Co jest największym zaskoczeniem dla ludzi podczas pierwszego kontaktu z bronią?
Przede wszystkim odrzut, podrzut i hałas. Filmy czy gry komputerowe mocno zniekształcają to, jak broń zachowuje się w rzeczywistości. Staram się jednak wprowadzać uczestników w strzelectwo stopniowo. Zaczynamy od broni bocznego zapłonu, która jest delikatniejsza, praktycznie bezodrzutowa i pozwala spokojnie poznać podstawy. Dopiero później przechodzimy do centralnego zapłonu i większych kalibrów. Początkowo pojawia się zaskoczenie, ale później bardzo często słyszę: „To właściwie nie jest takie skomplikowane”. Strach znika, a pojawia się ciekawość. Niektórzy od razu mówią, że chcieliby wrócić albo zacząć myśleć o własnym pozwoleniu.
Strzelectwo bardziej uczy szybkości działania czy paradoksalnie spokoju, koncentracji i kontrolowania emocji?
Zdecydowanie bardziej zależy mi na budowaniu odpowiednich postaw niż na samej „produkcji łusek”. Chodzi o odpowiedzialność, świadomość i spokój. W różnych sytuacjach stresowych człowiek musi podejmować decyzje, ale żeby robić to skutecznie, trzeba potrafić zachować zimną krew. Dlatego bardzo mocno stawiam na podstawy. Uczestnicy poznają broń, uczą się jej obsługi, rozkładają ją i składają. Chodzi o to, żeby przestała być czymś obcym i budzącym ciągły lęk. Jeżeli ktoś czuje się pewnie i bezpiecznie, zaczyna również posługiwać się bronią bardziej świadomie. I właśnie na tym najbardziej mi zależy.
Prowadzisz również szkolenia dla firm. Co strzelectwo może dać zespołowi biznesowemu poza samą atrakcją i adrenaliną?
Tutaj bardzo ważnym elementem jest komunikacja w sytuacji stresowej i podejmowanie decyzji. Podczas szkoleń wykorzystuję między innymi koncepcję OODA loop, wywodzącą się ze środowiska wojskowego. W uproszczeniu chodzi o cykl, w którym obserwujemy sytuację, orientujemy się w niej, podejmujemy decyzję i działamy. Następnie proces rozpoczyna się ponownie. Nie zawsze trzeba od razu podejmować jedną wielką, ostateczną decyzję. Czasami najważniejsze jest wykonanie małego kroku, który przybliża nas do celu, a następnie ponowna ocena sytuacji. W szkoleniach dla firm właśnie na to stawiam: spokój, świadomość, odpowiedzialność za decyzje i przede wszystkim jasną, precyzyjną komunikację w sytuacji presji.
W tym biznesie nie ma miejsca na „jakoś to będzie”. Czy czujesz większą odpowiedzialność niż w przypadku zwykłej działalności usługowej?
Zdecydowanie tak. Dostaję od uczestników informacje, że moje szkolenia wyglądają inaczej niż część ich wcześniejszych wizyt na strzelnicach. Czasami doświadczenie wyglądało wcześniej tak, że człowiek dostawał amunicję, którą kupił, miał ją wystrzelać i zrobić miejsce następnej osobie. U mnie zdarza się, że z jedną osobą spędzam na strzelnicy nawet dwie godziny. Zależy mi, żeby przekazać jej jak najwięcej wiedzy, żeby czuła się zaopiekowana i przede wszystkim rzeczywiście czegoś się nauczyła. Jeżeli przychodzi ktoś, kto już strzelał i mówi, że chciałby od razu przejść do bardziej dynamicznych ćwiczeń, odpowiadam: najpierw musimy zacząć od podstaw. Nie znam tej osoby, nie wiem, jakie ma nawyki i umiejętności. Dopiero kiedy to sprawdzimy, możemy przejść dalej. Biorę odpowiedzialność za swoje szkolenie i za to, czego uczę ludzi. Dlatego bezpieczeństwo i fundamenty zawsze są pierwsze.

Czy właśnie takie podejście najbardziej odróżnia Combat Shoot Academy od zwykłej wizyty na strzelnicy?
Myślę, że tak. Niedawno miałem na szkoleniu ojca z synem. Obaj wcześniej już strzelali i odwiedzali inne strzelnice. Po zajęciach powiedzieli mi, że pierwszy raz ktoś przeprowadził ich przez całą obsługę w taki sposób. U mnie musieli sami rozłożyć i złożyć broń, załadować magazynki i przejść cały proces krok po kroku. Nie chodzi o to, żeby ktoś tylko oddał określoną liczbę strzałów. Chcę, żeby po szkoleniu wiedział, co robi, rozumiał sprzęt i potrafił samodzielnie wykonać podstawowe czynności. Dla mnie właśnie to oznacza szkolenie, a nie jedynie udostępnienie komuś broni na kilkadziesiąt minut.
W Polsce regularnie wraca dyskusja o dostępie do broni. Z perspektywy instruktora czego najbardziej brakuje w tej debacie?
Przede wszystkim edukacji, świadomości i odpowiedzialności. Oczywiście istnieją różne stanowiska i w debacie uczestniczą również osoby mające duże doświadczenie z bronią. Nie można więc powiedzieć, że całkowicie brakuje w niej wiedzy praktycznej. Uważam jednak, że najważniejsze powinno być odpowiednie przygotowanie człowieka. Podstawą jest oczywiście sprawdzenie kandydata pod kątem wymogów prawnych, badań lekarskich czy psychologicznych. Jeżeli nie ma przeciwwskazań, jestem zwolennikiem dostępu do broni. Powinien on jednak iść w parze z edukacją oraz kształtowaniem odpowiedzialnych i świadomych postaw.
Gdzie chciałbyś doprowadzić Combat Shoot Academy za kilka lat? Ma pozostać kameralną akademią czy docelowo budujesz większą markę szkoleniową?
Nie wiem, czy zależy mi na bardzo dużym skalowaniu. Bardziej myślę o pewnej zmianie profilu i stworzeniu w przyszłości oficjalnego klubu skoncentrowanego na jednej z formuł strzelań dynamicznych o charakterze praktycznym. Interesuje mnie przede wszystkim szkolenie zwykłych ludzi korzystających ze standardowej, dostępnej na rynku broni, a nie budowanie oferty wyłącznie wokół wyspecjalizowanego sprzętu sportowego. Chciałbym rozwijać kierunek praktyczny i uczyć ludzi świadomego oraz odpowiedzialnego posługiwania się bronią, którą rzeczywiście posiadają albo mogą posiadać. Myślę jednak nie tylko o samym klubie. Chciałbym wokół Combat Shoot Academy budować małe, lokalne społeczności pasjonatów i sąsiadów, którzy chcą się wspólnie rozwijać, regularnie spotykać i wymieniać doświadczeniami. Strzelectwo byłoby jednym z elementów, ale równie ważne mogą być pierwsza pomoc, medycyna taktyczna, komunikacja oraz umiejętność działania w sytuacjach kryzysowych. Takie grupy mogłyby z czasem pełnić funkcję nieformalnych, lokalnych społeczności obrony cywilnej. Nie chodzi o tworzenie organizacji paramilitarnych, ale o ludzi, którzy znają się, potrafią współpracować i w razie kryzysu są w stanie zadbać o siebie nawzajem oraz pomóc swojemu najbliższemu otoczeniu. Odporność społeczności zaczyna się przecież od wiedzy, odpowiedzialności i wzajemnego zaufania. Nie zależy mi więc na tym, żeby stało się ogromną firmą. Bardziej na stworzeniu miejsca, które rozwija praktyczne umiejętności, łączy ludzi i daje im solidne podstawy do odpowiedzialnego działania, nie tylko na strzelnicy.