Bydgoszcz kontra Poznań, Wrocław i Gdańsk: przegrywamy nie dlatego że jesteśmy gorsi, ale dlatego że nie wierzymy we własnych

Jest jedno zdanie, które bydgoszczanie mówią częściej niż mieszkańcy jakiegokolwiek innego dużego polskiego miasta. Brzmi tak: „u nas tego nie ma”. To zdanie kosztuje to miasto więcej niż jakikolwiek brak inwestycji.

Zacznijmy od niewygodnej obserwacji. Zapytaj bydgoszczanina o jego miasto, a istnieje spora szansa, że zacznie od przeprosin. „No wiesz, to nie Wrocław”. „Nie ma tu tyle co w Trójmieście”. „Poznań jest bardziej rozwinięty”. Jakby samo istnienie Bydgoszczy wymagało usprawiedliwienia wobec lepszych, bardziej prestiżowych, bardziej miejskich alternatyw. Teraz zapytaj wrocławianina o Wrocław. Albo gdańszczanina o Gdańsk. Usłyszysz coś zupełnie innego. Ta różnica nie bierze się z obiektywnej jakości życia, infrastruktury ani oferty kulturalnej. Bierze się z narracji. A narrację budują między innymi lokalne firmy, lokalne media i lokalni konsumenci, którzy decydują, gdzie zostawiają pieniądze i o czym mówią znajomym.

Poznań ma „pyry”, Wrocław ma „krasnoludki”. Bydgoszcz ma co?

Marki miast nie biorą się znikąd. Wrocław przez lata konsekwentnie budował wizerunek miasta otwartego, europejskiego, przyjaznego start-upom. Gdańsk żyje historią Solidarności i mitem wolności przy morzu. Poznań sprzedaje swoją wielkopolską przedsiębiorczość i uśmiecha się do biznesu. Każde z tych miast ma spójną opowieść o sobie. Bydgoszcz ma Wyspę Młyńską, Brdę, jeden z najpiękniejszych spichlerzy w Polsce i kanał, który mógłby konkurować z niejednym europejskim miastem. Ma uczelnię, teatry, festiwale. Ma firmy, które działają od pokoleń, i nowe, które rosną w tempie, które zaskoczyłoby niejednego analityka. Ale nie ma narracji. A przynajmniej nie ma jej dość głośno. I tutaj zaczyna się problem, który nie jest problemem urzędu marszałkowskiego ani wydziału promocji. Jest problemem każdego z osobna.

Efekt „u nas tego nie ma”

Jest pewien mechanizm, który dobrze znają psychologowie społeczni. Nazywa się samospełniającą przepowiednią. Wierzysz, że coś jest gorsze, traktujesz to jak gorsze, efektem jest, że staje się gorsze. W Bydgoszczy działa to tak: mieszkaniec zakłada, że lokalna restauracja nie może być tak dobra jak ta warszawska, którą odwiedził raz na wakacjach. Więc nie idzie. Restauracja nie ma klientów. Restauracja się zamyka. Mieszkaniec kiwa głową i mówi: „no właśnie, u nas nic nie wychodzi”. Tymczasem w Poznaniu ten sam mieszkaniec idzie do lokalnej restauracji z założeniem, że będzie dobra, bo jest z Poznania i Poznań ma dobre restauracje. Restauracja ma klientów, rośnie, zdobywa nagrody, pojawia się w ogólnopolskich rankingach. Mieszkaniec Poznania czuje się potwierdzony w swojej dumie. Obaj mieszkańcy zachowali się racjonalnie. Tylko jeden z nich finansował dobre samopoczucie, drugi finansował upadek.

Drenaż, który zaczyna się w głowie

Co roku z Bydgoszczy wyjeżdżają młodzi ludzie. Część jedzie za pracą, co jest zrozumiałe i nieuchronne w każdym mieście, które nie jest Warszawą. Ale spora część jedzie za czymś trudniejszym do zmierzenia: za poczuciem, że „dzieje się”. To poczucie nie buduje się stadionami ani galeriami handlowymi. Buduje się kawiarniami, gdzie można spędzić wieczór, studiami tatuażu z charakterem, sklepami winiarskimi, gdzie właściciel zna się na rzeczy, małymi wydawnictwami, pracowniami, miejscami, które mają osobowość. Wszystkie te miejsca mają jedną wspólną cechę: potrzebują klientów, żeby przeżyć. A klienci często nie przychodzą, bo zakładają, że skoro to Bydgoszcz, to pewnie nie ma tu nic wartego uwagi. Błędne koło jest perfekcyjnie zamknięte.

Kontrprzykłady, których nie znasz, bo nie szukałeś

Teraz część, która może zaskoczyć. Bydgoszcz ma firmy i marki, które osiągnęły poziom ogólnopolski lub europejski. Działają tu przedsiębiorstwa z branży technologicznej, produkcyjnej i usługowej, które konkurują z graczami z Warszawy i Wrocławia. Są restauracje, które mogłyby stać w centrum Gdańska i kolejki do nich byłyby dwa razy dłuższe tylko dlatego, że Gdańsk ma lepszy PR. Charakterystyczne jest to, że bydgoszczanie dowiadują się o tych miejscach i firmach często od znajomych z innych miast. Ktoś przyjeżdża w odwiedziny, trafia do lokalnego miejsca, wraca zachwycony. Gospodarz kiwa głową z mieszaniną dumy i zakłopotania. „No tak, to jest naprawdę dobre. Nie wiedziałem, że tak dobre”. Nie wiedziałeś, bo nie szukałeś. Bo założyłeś, że u nas tego nie ma.

Tu wracamy do punktu, który brzmi prozaicznie, ale jest sednem sprawy. Każda złotówka zostawiona w lokalnym biznesie to głos oddany na narrację, że Bydgoszcz jest miastem, gdzie warto budować, inwestować i zostawać. Każda złotówka wysłana do centrali sieci to głos oddany na narrację, że Bydgoszcz jest tylko miejscem, gdzie się śpi między wyjazdami do prawdziwych miast. Narracje buduje się latami. Z tysięcy małych decyzji. Z tego, czy wchodzisz do lokalnej księgarni, czy zamawiasz przez Amazon. Czy pijesz kawę u bydgoskiego palarza, czy w ogólnopolskiej franczyzie. Czy polecasz znajomym lokalną markę, czy wzruszasz ramionami, mówiąc, że „pewnie lepsze jest w Poznaniu”. Poznań nie jest lepszy od Bydgoszczy. Poznań po prostu wierzy, że jest dobry. I finansuje tę wiarę codziennymi wyborami swoich mieszkańców.

Narracja nie zmieni się sama

Nie ma sensu czekać na kampanię promocyjną miasta, nowego prezydenta ani ogólnopolskie zestawienie, w którym Bydgoszcz nagle wyskoczy na pierwsze miejsce. Narracje miejskie zmieniają się oddolnie, powoli i nieodwracalnie. Ale zaczynają się od momentu, w którym wystarczająco dużo ludzi przestaje przepraszać za swoje miasto i zaczyna w nim widzieć coś wartego inwestycji. Ta inwestycja nie wymaga kapitału. Wymaga nawyku. Idź do tej restauracji, o której słyszałeś, że jest dobra. Kup od lokalnego rzemieślnika. Zostaw opinię w Google. Powiedz znajomemu z Warszawy, że w Bydgoszczy jest miejsce, które powinien odwiedzić. Nie ze wstydem, nie z zastrzeżeniem, że „jak na Bydgoszcz to nieźle”.

Po prostu, że jest dobre. Bo jest. Poznaj nasz manifest!

Bydgoszcz nie przegrywa z Poznaniem, Wrocławiem i Gdańskiem dlatego, że jest gorsza. Przegrywa dlatego, że zbyt wielu jej mieszkańców wciąż głosuje przeciwko niej własnym portfelem i własną narracją. To jest jedyna rzecz, którą można zmienić natychmiast. Bez przetargu, bez dotacji, bez czekania.

Opcje dostępności

Rozmiar tekstu

Kontrast